Powrót


Brazylia 2005 - relacja z wyprawy

Kilka informacji na temat wyprawy:

Strona wyprawy Brazylia 2005 - Śladami polskich osadników w Brazylii

Nagrania z programu Przed hejnałem w Radio Kraków - prowadzi red. Grzegorz Bernasik, udział w rozmowie:
Sylwia Gejzler, Bartek Piziak, Tomek Walkiewicz. Część 1 (3.5 MB) Część 2 (3.5 MB) w formacie mp3.

Brazylia - info - Ceny w Brazylii, ciekawostki, niebezpieczeństwa


Dzień pod dniu:
Relacja ta powstała w czasie wyprawy do Ameryki Południowej i była zamieszczana na bieżąco na stronie www.brazylia2005.com. Na potrzeby tej strony została tylko nieznacznie zredagowana i uaktualniona. Zapraszam do lektury.

DZIEŃ 1:
Przylecieliśmy do Sao Paulo ok 6 rano, biorąc pod uwagę zmianę czasu - jesteśmy opóźnieni o 5 godzin w stosunku do Polski - czyli u nas zbliża się 14 a u Was już prawie 19... dobrze znieśliśmy aklimatyzacje!!! Wszyscy zdrowi:) ruszyliśmy komunikacja miejska do centrum Sao Paulo - autobus, metro... - na dworzec autobusowy, z którego złapaliśmy autobus z klima:) do Rio de Janeiro. Na dworcu chwila na internet, pierwsze smaki kuchni brazylijskiej, toaletę:) i zakup wszelkich potrzebnych drobiazgów. Szok!!! Przedstawiciele licznych firm przewozowych biją się o naszą ósemkę, co raz proponując lepsze ceny!:) Droga do Rio - super - autostrada z pięknymi krajobrazami Wyżyny Brazylijskiej. W Rio byliśmy przed 19, ciemno już, co nas troszkę zaskoczyło, ale nie przeszkodziło nam to znaleźć transportu - oczywiście super miejski Mercedes w kształcie polskiego OGORA... PKS wielki jest:) do naszego hoteliku, który tez wyczailiśmy na dworcu. Śpimy wiec przez najbliższe dni w Rio w pobliżu Copacabany :) w dzielnicy Botafogo, dosłownie 10-15 min spacerkiem na najsłynniejsza plaże swiata!!!!!!!!Poznym wieczorkiem - mimo ostrzeżeń znajomych - wyruszlismy w 7 osób na spacer w okolice COPACABANY!!! Ania niestety poszła wcześniej w kimono :) My posmakowaliśmy znowu specjałów kulinarnych i wzięliśmy się za OWOCE, których jest tu niezliczona ilość... No i przyszła tez czas na próbę miejscowych alkoholi, która jednak zakończyliśmy na brazylijskim piwku i legendarnej już CAPIRINHI - czyli Cachasy z limonkami cukrem i lodem!!! Niebo w gębie!!! Mój nowy faworyt, nie tylko zresztą mój:) No i przed 24 wylądowaliśmy w łóżkach. Aha temperatura na dobranoc - 28 stopni C!

DZIEŃ 2: RIO DE JANEIRO
Pierwsi z nas wstali już ok. 6... Taki upal ze nie da się spać! Wiadomo poranna toaleta, te sprawy... o 8 już prawie wszyscy byli na nogach i powoli zeszliśmy na śniadanie! Mamy w naszym hotelu CHELA śniadanie included czyli bed &breakfast. Decyzja co dziś robimy zapadła już wcześniej - Głowa Cukru i Corcovado, a pod wieczór spacer plażą! Tak więc autobusem oraz na piechotkę (pierwsze spojrzenie na Rio „za dnia”) dotarliśmy pod kolejkę linową, która wywiozła nas na sam szczyt - składa się ona z dwóch części - pierwsza wywozi turystów na niższy granitowy szczyt, by potem już na ten właściwy (396 m n.p.m) - widok... NIESAMOWITY! Tego się nie da opisać, tego się nie da zapomnieć - po prostu rajsko... W tym miejscu można zrozumieć słowa tych, którzy uważają Rio za jedno z najpiękniejszych miast świata. Drugim miejscem, które chcieliśmy „zdobyć” tego dnia był słynny Garbus czyli wzgórze Corcovado (710 m n.p.m.). Wyjechać na Corcovado można na dwa sposoby - kolejką lub samochodem (wokół wzgórza wije się droga przez zwrotnikowy las, który jest jednocześnie częścią parku narodowego Tijuca). A warto udać się tam na spotkanie z najsłynniejszym, monumentalnym Chrystusem Zbawicielem! Pomnik z cokołem mierzący 40 m wysokości jest wizytówką Rio de Janeiro, a widok z samego wzgórza, ehh... wiele bym dał by tam wrócić!
Nasze nastroje sa trochę przygaszone... Wy pewnie jeszcze bardziej przezywacie to co się dzieje z Ojcem Świętym, ale i do nas docierają od znajomych i przez internet wiadomości. Cóż... WIARA CZYNI CUDA!!!

DZIEŃ 3: kolejny w RIO...
... w tym miejscu dwa słowa odnośnie poprzedniego dnia. Zakończyłem relacje w momencie kiedy wybieraliśmy się w stronę Corcovado, na którego szczycie znajduje się pomnik Chrystusa Zbawiciela, górujący nad całym Rio de Janeiro. W momencie kiedy wsiadaliśmy do kolejki wspinającej się na szczyt Corcovado dostaliśmy smutną wiadomość o śmierci Naszego Papieża JANA PAWLA II...
Dzień trzeci upłynął nam w smutnej atmosferze. Chyba jeszcze nabawiłem się lekkiego udaru:( gdyż spędziliśmy trochę czasu na słynnych Ipanemie i Copacabanie, a żar lał się z nieba niemiłosiernie!

DZIEŃ 4: Rio...
Nadal, w Rio, w mniejszych grupach, my z Mateuszem zobaczyliśmy m.in. Maracane - słynny stutysięcznik - świątynię futbolu, historyczne, kolonialne centrum miasta, Parlament stanu Rio de Janeiro (bardzo miła studentka oprowadziła nas po wnętrzu:)), katedrę Metropolitarną, odwiedziliśmy klimatyczną kolejką dzielnice cyganerii artystycznej - Santa Teresa oraz spotkaliśmy się z panem Abrahamem Paczenikiem, właścicielem dużego biura podroży w Rio, poznanym nie tak dawno na targach turystycznych w Berlinie.

DZIEŃ 5: Rio de Janeiro - Parati
Rano wykwaterowaliśmy się z hostelu i pojechaliśmy na dworzec, skąd dopiero w południe złapaliśmy autobus do Paraty lub Parati, jak kto woli. Byliśmy tam wieczorem i po znalezieniu noclegu, został nam tylko czas na spacer po plaży. Parati było jednym z najstarszych i najważniejszych - obok Sao Sebastio - kolonialnych ośrodków Brazylii, dziś to znany kurort turystyczny wśród mieszkańców dwóch największych aglomeracji Brazylii. Dobrze, że teraz jesteśmy poza sezonem, bo możemy skupić się na kolonialnych perełkach miasteczka i trochę poznać autochtonów.

DZIEŃ 6: Parati
Warto dodać, że w Parati, po długich poszukiwaniach 2 grup specjalnych:), udało nam się namierzyć nocleg dla całej grupy po 10 reali od osoby. Dokonały tego Sylwia z Hanką, przekonując właściciela, ze w 8 osób można przespać się w pokoju przygotowanym przez niego dla osób 2-3... Polak potrafi! Zresztą w środę rano było już jasne – możnaJ. Parati we wtorek przywitało nas „delikatnym”, zwrotnikowym „deszczykiem”, który w nocy przekształcił się w ulewę, która zalała urocze miasteczko. Jednak środa była już słoneczna i upalna. Zwiedzaliśmy miasteczko znowu w podgrupach. Parati w trakcie lata brazylijskiego jest nadmorskim, drogim kurortem. Sama zabudowa miasteczka - kolonialna robi bardzo pozytywne wrażenia. Warto zobaczyć liczne kościółki z przełomu XVIII/XIX wieku, fort na wzgórzu czy port oraz urocze uliczki, wąskie niczym na Hradczanach w Pradze, albo w muzułmańskich medinach. Wiele z nich po nocnej ulewie było jeszcze zalanych. Wieczór upłynął nam na uczcie w murzyńskiej restauracji, gdyż postanowiliśmy zaoszczędzić na noclegu i udać się nocnym autobusem do Sao Paulo.

DZIEŃ 7: Sao Paulo
W Sao Paulo wylądowaliśmy o 5 nad ranem. Jedno z największych miast świata przed nami - rispect! Z dworca prosto udaliśmy się do hostelu w centrum miasta, który zarezerwował nam kolega Mateusza - Kuba, któremu za to i inne zasługi (jak również Agacie) i pomoc ogromną w Sao Paulo - w tym miejscu - WIELKIE PODZIĘKOWANIA. Zmęczeni podróżą, sporą część dnia spędziliśmy w hostelu lub poznając jego okolice, ścisłe centrum Sao Paulo, z jego historycznymi obiektami. Janek z Hanką pojechali na spotkanie z miejscowym profesorem, natomiast my wieczorową porą udaliśmy się do Hotelu SOFITEL gdzie mieliśmy spotkanie z radcą handlowym Ambasady Polskiej w Brazylii - panem Piotrem Majem oraz panią Margarida Hessel, właścicielką biura podroży, specjalizującym się w organizacji wycieczek do Polski i Europy Wschodniej.

DZIEŃ 8: Sao Paulo
Razem z Mateuszem rozpoczęliśmy dzień od transmisji z Watykanu z uroczystości pogrzebowych Papieża Jana Pawła II, które były transmitowane w Brazylii przez CNN.Później śniadanko w hostelu ( bardzo dobre zresztą, ehhh te owoce...) i znów podzieliliśmy sie na podgrupy zainteresowań. Janek - biblioteki:) w poszukiwaniu materiałów na magisterki, Sabina z Tomkiem - wycieczka do Santosu. Sylwia, Ania i Hanka w okolice Santosu na wybrzeże Atlantyku na plażowanie i opalanie, a ja z Mateuszem - poszliśmy poszwędać się po Sao Paulo i poznać „uroki” tego jednego z największych na świecie skupisk ludzi. Pierwszą atrakcją na naszej trasie był 40 - piętrowy wieżowiec, usytuowany w pobliżu słynnego Ed Cobana projektu O. Niemeyera, na którego szczycie znajduje sie kawiarnia z tarasem widokowym, z którego rozpościera się panorama tej około 20 -milionowej aglomeracji.Potem było historyczne centrum Sao Paulo - z placem Republica i da Se na czele. Na placu da Se w neogotyckiej katedrze o tej samej nazwie (łudząco podobnej do Notre Dame lub Chramu sv. Wita w Pradze) trafilismy akurat na żałobną uroczystą mszę w intencji Jana Pawla II, na której postanowiliśmy zostać. Następnie przejechaliśmy metrem na najbardziej znana ulice Sao Paulo - Avenide Pauliste, centrum biznesowo - kulturalne miasta, przypominajace troche - moze na wyrost - nowojorski Manhatann. Wieczorem wrócilismy do hostelu, gdyz o 20 mielismy zaplanowany - wraz z Kubą i Agatą - koncert w miejscowej filharmonii. Niestety braklo biletów i wylądowaliśmy w knajpie, gdzie na żywo była grana brazylijska muzyka...Nie narzekaliśmy :)

DZIEŃ 9: Sao Paulo - nocna podroż do Kurytyby...
Dzień wyjazdu z Sao Paulo podporządkowaliśmy przewiezieniu niepotrzebnych nam rzeczy do mieszkania Agaty, której urocze „gospodynie” - Fe i Carmen pomogły nam, udostepniajac kawalek podlogi na nasze plecaki i torby. Do Kuby niestety bylo za daleko... :) Co ciekawe uzbieralo nam sie troszke tych rzeczy - ja z Mateuszem pozbylismy się nawet duzych plecaków, decydujac sie przez pozostałe 3 tygodnie zrobić mały hard core z małymi plecaczkami Arona – czyli total minimal! Popołudnie upłynęło nam zatem w towarzystwie Agaty i Kuby, którzy uraczyli nas krótkim koncertem, a Agata odśpiewała 100lat po portugalsku Sylwii, która obchodziła tego dnia urodziny ;) Wieczór to przejazd na Tiete Riodovaria i oczekiwania na 23:15, kiedy to ruszyliśmy w nocną podroż do Kurytyby. Nie przesadzę chyba zbytnio jak powiem, że z Sao Paulo wyjeżdżaliśmy ponad 1,5 godziny. I to nie przez to, że były korki, czy jakiś wypadek – to miasto po prostu jest przeogromne (szczególnie jak weźmie się jeszcze pod uwagę wszystkie miasta – satelity wokół niego).

DZIEŃ 10: Kurytyba (Curitiba)
Do Kurytyby dojechaliśmy po 5 rano. + dla naszego przewoźnika trzeba w tym miejscu przyznać za punktualność, ale duży - za brak klimy w convecionalu, którym jechaliśmy, choć jego nazwa była iście kosmiczna... COMETA HALLEY`A :) W każdym razie poranna kawa postawiła nas na nogi i ok. zebraliśmy sie by znaleźć jakieś polskie akcenty w tymże, podobno najbardziej polskim z brazylijskich miast! Część z nas pilnowała plecaków, natomiast Sylwia, Ania i Hanka ruszyły w teren. Namierzyły na początek polską parafie i Siostry Felicjanki, które ugościły nas smakowitym śniadankiem. Był tez czas zobaczenie ich zakonu i rozmowy. Niektóre z nich nie były w Polsce od kilkudziesięciu lat. Dziewczyny namierzyły tez hotel, jak do tej pory najtańszy - za jedyne 8 reali za noc. Wkrótce potem okazało sie kto jeszcze - oprócz tak sławnych person jak my - tam bywa. Bowiem hotel ten jest typowym hotelem na godziny... – gumka do klucza obowiązkowa. Kurytyba okazała sie być bardzo nowoczesnym i czystym miastem (duża w tym zasługa jednego z polskich emigrantów, który swego czasu był głównym architektem miasta). Wielkościowo podobna do naszej stolicy - ok. 1,7 mln mieszkańców na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia ogromnego miasta. Nie ma tez jakiś szczególnych zabytków... ale nie brakuje w niej polskich akcentów. Najbardziej znaczącym jest chyba Park Jana Pawla II w którym znajduje się mały skansen z np. chatą polskich emigrantów. Jest też w mieście pomnik polskiego siewcy. Warto dodać, że to właśnie tu (w Ameryce Południowej) kierowała się głównie polska emigracja pod koniec XIX wieku i na początku XX. Aktualnie pracuje tu też chyba 2 polskich księży. Wieczorem - po mszy świętej w języku portugalskim - wybraliśmy sie na spacer i spotkanie z koleżanką Hanki z gg, Karoliną, której dziadkowie wyemigrowali do Brazylii po II wojnie światowej.

DZIEŃ 11: Kurytyba i okolice
W okrojonym 5 - osobowym składzie wyruszyliśmy o 8 rano do Moret, miejscowości położonej kilkanaście kilometrów od wybrzeża Atlantyku (a od Kurytyby ok. 60km). Jednak najważniejsza jest tu kwestia czym wyruszyliśmy, bowiem udało nam sie załapać na pociąg, ciuchcie jadąca z prędkością 20-30 km/h wśród pięknych widokowo gór Pasma Nadbrzeżnego, dochodzących do 1700 -2200 m n.p.m. Choć to góry to jednak na Wyżynie (Brazylijskiej), to pamiętać trzeba, że podział hipsometryczny gór i wyżyn nie jest jasny... Dla nas w Polsce - góry wznoszą sie umownie już powyżej 500 m n.p.m., a Tybet tez jest przecież Wyżyną:) Trasa tej kolejki jest uważana po Kolei Malinowskiego za drugą tak atrakcyjną turystycznie trasę kolejową w Ameryce Południowej. Wieczór w Kurytybie, my z Mateuszem „zwiedziliśmy” nowoczesne centrum handlowe i cafe internet:) aha i jeszcze knajpa (totalna speluna) w której znaleźliśmy wódkę Wałęsa...

DZIEŃ 12: Kurytyba - do Porto Alegre jeszcze daleko...
Ostatni dzień w Kurytybie podporządkowany był naszemu spotkaniu w panią konsul Grażyną Machalek, oczywiście w polskim Konsulacie, który obsługuje calą południową Brazylie. Pani konsul wspomogła nas cennymi informacjami, na rozmowie spędziliśmy dobre 2 godziny. Później mielismy okazję poznać bliżej vice konsula - Jacka Padee i jego małżonkę - Dominike, ktorych w tym miejscu z Mateuszem serdecznie pozdrawiamy. Dziekujemy również za udostępnienie komputera i możliwość zarchiwizowania naszych zdjęć. O 19:15 ruszyliśmy z Kurytyby w dlugą trasę do Porto Alegre. Ponad 10 godzin w konserwie...

DZIEŃ 13: Porto Alegre – Dom Feliciano
Do Porto Alegre dojechaliśmy nad ranem (kolejna nocka w autobusie - dobry sposób na oszczędność grosza, jak ktoś go nie ma za dużo!). I znów podział - 5 osób pojechało od razu do Dom Feliciano, „polskiej” miejscowości ok. 200 km na południowy - zachód w interiorze, do państwa Rakowski, u których 4 lata wcześniej gościł Jasiu. Ja, Mateusz i Jasiek zostaliśmy w „pięknym porcie”. Powody dwa - my chcieliśmy zobaczyć miasto, a Janek, który już tu był, przebukować bilet...Jednak zostaje! No i przebukowal na 22 czerwca!!! Tak to jest z tym Jankiem:) Przed wyjazdem namierzyłem w końcu restauracje vegetarianska... chłopaki nie bardzo sie garnęli żeby do niej wejść- ale jak już weszli to kopary im opadły! Mi też zresztą! Okazało sie ze jest czas lanczu, a bufet kosztuje ok. 9 zeta (czyli jesz ile chcesz i ile w siebie wchłoniesz:)) Jednogłośnie oceniliśmy lokal na 10/10!!! Oprócz dań obiadowych w cenie także SOKI, DESERY i OWOCE... a ile można, oj można. To, w jaki sposób "wychodziliśmy" z restauracji, trudno właściwie nazwać chodzeniem, wiec do poczty oddalonej o 20 m toczyliśmy sie parę minut:) Wieczorem dojechaliśmy do reszty ekipy do DOM FELICIANO. Przyjęcie nas przez gospodarzy - naprawdę niesamowite. To jest prawdziwa polska gościnność w Brazylii! Janek poznał rodzinę Rakowski poprzez ich syna - Alessandro, który studiował z nim w Polsce. Okazało sie ze córka państwa Rakowski studiuje z nami w Krakowie, tylko ze na specjalizacji zarządzanie w administracji ! Wieczór – prawdziwe brazylijskie churassco - normalnie uczta mięsna dla tych co lubią... ale i nie tylko mięsna:)

DZIEŃ 14: ostatni na brazylijskiej ziemi... póki co:) na Urugwaj!!!
Z Dom Feliciano wyjechaliśmy o 13, po obiedzie u kolejnej zaprzyjaźnionej polskiej Rodziny. Z jedną przesiadką dotarliśmy do Jagurua:) miejscowości przy granicy z Urugwajem. Postanowiliśmy pieszo przekroczyć granice (jak się okazało nie najlepszy pomysł), a następnie złapać nocny autobus do Montevideo. Granice przekroczyliśmy, tyle ze do odprawy urugwajskiej musieliśmy w padającym deszczu iść jeszcze ok. 4 km po ziemi niczyjej:) Gdy już doszliśmy i wydawało sie ze wszystko jest OK, bo autobus miał być za ok. 3 godziny, pani urzędniczka z Urugwaju powiedziała nam ze nie wpuści nas do jej kraju, bo nie mamy wybitych pieczątek wyjazdowych z Brazylii. Nikt nam o tym nie powiedział... ale co tam. Zdecydowaliśmy ze Janek pojedzie z Tomkiem i wszystkimi paszportami taxi na stronę brazylijską - gdyz zostało niewiele czasu. Po 30 minutach dostaliśmy smsa. że musimy wszyscy sie tam stawić i już jedzie po nas ta sama taksówka - czeski film. Pan zawiózł nas na posterunek policji, gdzie śpiący posterunkowy zaczął nam wbijać pieczątki wyjazdowe... szkoda ze z data z dnia poprzedniego:) ale w końcu sie udało! Udało sie nam kupić ostatnie 5 biletów z miejscami siedzącymi i po 23 ruszyliśmy z granicy brazylijsko - urugwajskiej w stronę Montevideo...

DZIEŃ 15: URUGWAJ - Montevideo
... gdzie dojechaliśmy ok. 6 nad ranem. Pierwsze wrażenia - bardzo pozytywne:) Na dworcu machnęliśmy z Malcem po dwa medialunas z kawką (pyszne rogaliczki, a kawka - pychotka!!!) na śniadanie. Stąd tez udało nam sie dodzwonić do jednego z hosteli, którego adres zaczerpnęliśmy z przewodnika Lonely Planet. Opis był iście familijny, rzeczywistość - troche mniej kolorowa, ale nikt nie narzekał na nocleg za 9 zeta:) W każdym razie nasz duet po szybkim zameldowaniu sie w CITY HOSTEL:) udał sie na zwiedzanie stolicy Urugwaju. Można rzec nawet, że Montevideo to miasto bardzo europejskie. Jednak można tu spotkać różne ciekawe obrazki - w końcu Urugwaj to kraj rolniczy. Gauchos rządzą! A i yerba mate:) Cały dzień na spacerze po mieście, zakończony na Stadionie Nacionalu i Penerolu Montevideo:) Po drodze spotkaliśmy kilka ciekawych okazów motoryzacyjnych...:) prosto z Polski i okolic (Polonezy, Łady, Cinqucento, itp.) - pozdrowienia w każdym razie dla wszystkich właścicieli GADZIN, POLDKOW i CINKUSIOW...

DZIEŃ 16: Montevideo - Colonia de Sacramento
Z Mateuszem postanowiliśmy troszke przyśpieszyć i już z rana uderzyliśmy na Stazione, skąd złapaliśmy autobus do najstarszej osady urugwajskiej Colonii, położnej vis a vis Buenos Aires, nad Rio La Plata. Miasteczko - z zabytkowymi murami, najstarszymi zabudowaniami w Urugwaju, latarnią morską i brukowanymi uliczkami - typowo turystyczne, nastawione na nadzianych emeryto - turystów z Niemiec i innych krajów Zachodniej Europy, a przede wszystkim "turystów" 1 -dniowych przypływających codziennie do Colonii z boskiego Buenos promami... Nam wystarczyło kilka godzinek na spacer, parę ciekawych zdjęć i posiłek, przez który wielu z nadzianych emeryto - turystów mogło się domyśleć skąd jesteśmy:) hehe, dobrze że flagi nie wyciągnęliśmy krojąc serek i pomidory na kaweczce w parku :) O 19:30 wsiedliśmy na prom, który w ciągu niecałych 3 godzin dopłynął do stolicy Argentyny. Ostatnie 40 minut rejsu spędziliśmy na pokładzie podziwiając z oddali Buenos nocą:). Bardzo ładny widok. Siedząc na pokładzie promu i widząc duże telewizory zastanawialiśmy jaki film „puszczą”? Obstawialiśmy TITANICA, ale nie zamiast tego, bylo cos tam po hiszpańsku o kamizelkach bezpieczeństwa:) tez niezły horror! Buenos przywitało nas niespodzianką i to sporego kalibru! Wychodząc z promu usłyszeliśmy znajome nam narzecze języka polskiego:) Od razu wyczuliśmy swoich widząc w ich rękach jakieś whisky:) Okazało się, że to grupa z krakowskiego biura OPEN TRAVEL, a ekipa 13 osób to ludzie z Krakowa i Rzeszowa (WIELKIE POZDROWIONKA DLA MOICH SASIADOW Z OSIEDLA MIESZKA I – gdzie to człowiek sąsiada nie spotka). Dzięki Wam również za podwózkę w okolice hostelu, pozdrawiamy serdecznie wszystkich z Agnieszka Wilk, pilotka grupy na czele! Pierwszy hostel - V&S okazał się być strzałem w 10! i tak już w nim zostaliśmy...

DZIEŃ 17: Boskie Buenos Aires - Argentyna
Właściwie cały dzien. spędziliśmy w towarzystwie mojej koleżanki z Buenos - Danieli:) stara znajomość, spotkanie po prawie 5 latach:) i jej Rodzinki, po przedpołudniowym zapoznaniu z układem miasta i orientacji - skąd, gdzie , kiedy i za ile możemy dalej ruszyć :) o 13 umówiliśmy się Danielą pod naszym hostelem, skąd pojechaliśmy do Niej do domu na obiadek. Mateusz miał okazje popróbować specjałów kuchni argentyńskiej. Oczywiście wszystko to mięsko mu smakowało, a przynajmniej tak twierdził :) ja natomiast zadowoliłem się ichniejszymi saladami np. ryż z jajkiem na twardo:) Potem udaliśmy się do portu - bardzo fajne miejsce z pysznymi lodami:) Dzień zakończyliśmy w katedrze Metropolitarnej i spacerem po jednej z najbardziej rozrywkowych ulic Buenos - Florida avenue.

DZIEŃ 18: Buenos Aires, część 2, przedostatnia
Dzień, jak co dzień zaczęliśmy od śniadanka. Przyzwyczajeni do "bogatego stołu brazylijskiego" dostaliśmy jakieś argentyńskie ochłapy hostelowe. Pierwszą wizytę tego dnia złożyliśmy jak przystało na patriotów w kwaterze głównej Luftwaffe na argentyńskiej ziemi. Urocza Niemka, Helga z jeszcze bardziej uroczym makijażem na czole uroczo nam pomogła rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące niemieckiej uczynności. Jako ze "ordnung muss sein" nasze bilety okazały się niereformowalne, stad "próżne nadzieje, złudny trud..." na ew. powrót z Santiago de Chile via Sao Paulo. Dlatego przeszliśmy do planu B ( i nie chodzi wcale o wycofanie sie na z góry upatrzone pozycje i oczekiwanie na nalot :)). Zakupiliśmy bileciki w firmie o równie uroczo brzmiącej nazwie "Andersman" na semicame ( zwana przez niektórych semicoma - półśpiączka dla niewtajemniczonych). Reszta dnia to błąkanie się po zatłoczonych ulicach centrum Buenos. Wieczorem spotkaliśmy sie kolejny raz z Daniela, która tym postanowiła pokazać nam "ciemna stronę" miasta i zabrała do San Telmo. Po drodze zobaczyliśmy także najstarszą stację metra -¨"Peru" oraz doświadczyliśmy możliwości przejazdu "zabytkowymi" wagonikami najstarszej linii w mieście (to już prawie zabytek klasy zero:) "a jednak sie kreci...". Po powrocie do hostelu czekała nas niemiła niespodzianka. Okazało się, że do naszego pokoju dokwaterowano dwójkę rozwydrzonych i niezwykle uciążliwych współlokatorów - chłopaka i dziewczynę z egzotycznego kraju. Na nasze szczęście okazało się, że mówią oni zrozumiałym dla nas narzeczem i choć zdarzają im się zapożyczenia z łaciny to potrafiliśmy się jednak dogadać. Dodatkowym atutem naszych nowych współspaczy okazał się fakt, iż była to Hanka z Jankiem ;). Wieczór spędziliśmy więc razem z całą ekipą, której udało się im dotrzeć do Buenos.

DZIEŃ 19: Buenos Aires - część 3, ostatnia
Szybkie tempo. Rano La Boca, niesamowita dzielnica włoskich emigrantów i miejsce w którym zrodziła się legenda boskiego dla całej Argentyny Diego Armando Maradony (stadion Boca Juniors). Jeśli włoska dzielnica, to oczywiście i włoska pizza - numero uno w Buenos (zarówno pod względem ceny jak i jakości). Potem przejazd na Recolete, miejsca słynącego z zielonych ogrodów, wspaniałych kawiarni i oczywiście najstarszego cmentarza w mieście, na którym pochowana jest chociażby Eva (Evita) Peron. Tutaj tez usłyszeliśmy bicie watykańskich dzwonów oznajmiających wybór nowego Papieża - Niemca, Benedykta XVI. W ekspresowym tempie wrocilismy do hostelu i po przepakowaniu plecaków i pożegnaniu z Hanką i Jankiem uderzyliśmy na Retiro, skąd ruszyliśmy naszym Andersmanem do Mendozy.

DZIEŃ 20: A droga długa jest... Mendoza – Andy - Santiago
Po całonocnej podróży dotarliśmy nad ranem do Mendozy, kupiliśmy bilety na piątek do Puerta Iguazu i udaliśmy się w dalszą drogę do Santiago. Droga wiedzie tutaj przez serce Andów, w pobliżu najwyższych szczytów z Aconcangua (6960 m. n.p.m.) na czele. Toteż na brak wrażeń z niesamowitymi serpentynami nie można narzekać! Wyjazd na przełęcz Chrystusa Zbawiciela na 3000 m n.p.m. robi wrażenie i przy dobrej pogodzie pozwala na podziwianie Andów. Po południu znaleźliśmy się w Santiago, szybko namierzyliśmy w miarę tani i przyjemny hostel. Resztę dnia spędziliśmy natomiast na zwiedzaniu starego centrum z Plaza das Armas. Katedrą itd. na czele.

DZIEŃ 21: Valparaiso & Vina del Mar
Bladym świtem ( o 11:00) po „obfitym” śniadaniu wyruszyliśmy z naszego przemiłego hostelu zamieszkiwanego w głównej mierze przez „backpakersów" z USA nad Pacyfik. Wesołym "prowadnikiem" naszego autobusu okazał się być pan podróżnik ( 4 razy w Polsce, 30 polskich słów na pamięć;)). Oczywiście "nie ma problem", nawet gdy w Valparaiso okazało się, że autobus nie jedzie do końca bo "ma problema z brejkiem". Pan ujął się honorem i zafundował (w sumie z naszych własnych pieniędzy) bus do Vina del Mar. Ten największy kurort chilijski, okazał się po sezonie troche opuszczoną mieściną, z klimatem i pogodą nie zachęcającą do spacerów. Nas to jednak nie zraziło, pełni zrozumienia dla podejrzliwych spojrzeń (u nich w końcu prawie zima, a my w sandałach i krótkich spodniach) zamoczyliśmy nogi w Oceanie Spokojnym. Potem szybki przejazd do Valparaiso, spacer po starym mieście aż do portu, wjechanie kolejką na jeden z wielu punktów widokowych i z powrotem do stolicy Chile. Wieczór z "backpakersami" - każdy przy swoim "bobofrucie" ;P

DZIEŃ 22: Santiago - Andy - Mendoza - na północ jazda :)
... śniadanie, pominiemy ten wątek, bo go nie bylo:( W każdym razie autobusem wyruszyliśmy o 9:30 z Santiago de Chile do Mendozy. Nasze życie "uratował" pan pilot - steward z autokaru, który zaserwował po kanapce na drogę... Wszystko szło zgodnie z planem, ale tylko do granicy. Z chilijską częścią nie było problemu, ten zaczął się z Argentyńczykami. Czekaliśmy w rożnego rodzaju kolejkach, aż w końcu po ok. 3 godzinach opuściliśmy szczęśliwi z pieczątkami w paszportach przełęcz SISTEMA DE CHRISTOS REDEPMPTOR. Co ciekawe, gdy w kolejnej kolejce żartowaliśmy sobie, że byłoby cudem jakbyśmy tu spotkali kogoś z Polski, w pewnym momencie jakaś dziewczyna zaczęła machać do nas paszportem... polskim a jakże:) Chwilę pogadaliśmy z Kasią z Warszawy, zrobiliśmy jeszcze parę fotek na granicy i ruszyliśmy znowu w dół ku winnicom Mendozy. Dojechaliśmy tam 3 godzinnym poślizgiem, więc do przesiadki zostało nam niewiele czasu. Udało nam się tylko uzupełnić naszą www i zrobić zakupy :) w celu późniejszego uzupełnienia płynów (najważniejsze, to nie odwodnić organizmu:) ) a w Mendozie, wiedzą, jak dogodzić podniebieniu i wyrafinowanym gustom krakowskich studentów (po 3.60 za litr bez domieszek)! Z Mendozy wyjazd odbył się prawie planowo - cały autobus tubylców i "backpakersow". No i zaczęła się nasza 36 godzinna pielgrzymka do Puerta Iguazu...

DZIEŃ 23: Dzień autobusowy - Argentyna...jak długa i szeroka!
Dzień bez historii... Bo co można robić w autobusie z siedzeniami semi - cama jadącym jakieś 2500 km z jednego miejsca w drugie. Siedzieć, oglądać filmy, półleżeć, spać (utrudnione), słuchać muzyki (jeśli ma się swój sprzęt lub chociaż słuchawki żeby się podłączyć w gniazdo:)), nic nie robić, no albo jeść. I tu niespodzianka - ponieważ dalekobieżne linie argentyńskie dbają o klienta tak jak linie lotnicze, w czasie drogi podawane są posiłki. Mateusz był zachwycony ich różnorodnością:) ja trochę mniej. Mięso, mięso, mięso... no prawie zawsze. Oprócz takich większych posiłków nasz steward autobusowy raczył nas także colą i fantą lub wybrednych kawą i herbatą z ciasteczkiem.
I kawka: 3 suche ciasteczka z kawą lub herbatką - nasza reakcja: " O ciastko jeszcze dali, ale dobre:))))"
II rozdanie: " O herbata, i ciastko, fajnie"
III partia: "o ciastko, znowu ... to samo":). Wybredni...
Ale by przyspieszyć proces przemieszczania się drogami i bezdrożami argentyńskimi wspomagaliśmy go aplikując sobie "bobofruty", które na jakiś czas pozwały nam zapaść w błogi sen, który z godziny na godzinę przybliżał nas do celu naszej autokarowej wycieczki... Z geograficznego obowiązku dodam, iż nasza trasa wiodła przez Tucuman, Corrientes, Posadas - czyli z Mendozy ostro na północ prawie pod granicę z Boliwią, potem odbicie na wschód do Posadas wzdłuż granicy z Paragwajem i znów na północ prosto do Puerto Iguazu.

DZIEŃ 24: Wycieczki autobusowej kres... Puerto Iguazu - Argentyna
Dojechaliśmy koło południa... Wysiadając z autobusu, zaklinaliśmy, że to już ostatni nasz tak dłuuuugi pobyt w tym środku lokomocji... Jednak byliśmy świadomi tego, że czeka nas jeszcze ok. 18 godzinny przejazd z Foz de Iguazu do Sao Paulo, co nie napawało nas radością. Jednak mieliśmy przez sobą jeszcze kilka dni nad wodospadami Iguazu. Niestety pogoda popsuła nam szyki. Pomimo szczerych chęci w niedzielę nie udało się już nam wybrać na stronę argentyńską, gdyż deszcz padał, to znów przestawał i tak w kółko... Więc po znalezieniu hostelu i sprawdzeniu jakości argentyńskiego wina, które się nam zapodziało jeszcze w plecaku:) ruszyliśmy w stronę trójstyku, czyli miejsca w którym łączą się granice Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Miejsce to szczególne, w którym Rio Iguazu łączy się z Rio Parana ogólnie nie robi większego wrażenia. Chyba, że to my byliśmy aż tak znieczuleni, a deszcz tylko potęgował uczucie zniechęcenia :) Po każdej ze stron stoją symboliczne "landmarki" pomalowane w barwy narodowe. Reszta dnia upłynęła nam na szwendaniu się po miasteczku i szperaniu w pamiątkach... Kartki, znaczki, wypisywanie, obiadek.

DZIEŃ 25: Puerto Iguazu - wodospady Iguazu
Z niecierpliwością czekaliśmy na poniedziałek i pogodę jaka będzie nam "towarzyszyć" przy podziwianiu jednego z najpotężniejszych wodospadów na świecie. Nie padało... jednak zachmurzenie było na tyle duże, że pogoda nie była tego dnia naszym sprzymierzeńcem:) Mimo wszystko, spędziliśmy ponad 6 godzin wędrując wyznaczonymi szlakami po Parku Narodowym Iguazu i podziwiając niekończące się cataractas, kaskady czy po prostu siklawice :) które powstały tu na Rio Iguazu. Widok – trudny do opisania. W takich miejscach łatwo poczuć siłę i potęgę jednego z żywiołów – wody ! Przytoczę tylko kilka liczb charakteryzujących to miejsce - 275 ogromnych, bo ponad 80 - metrowych wodospadów rozciągających się na długości 4 kilometrów. Te 4 kilometry mają kształt podkowy. Coś niesamowitego! Warto dodać, że miejsce to otoczone jest przez najprawdziwszą dżunglę, zwrotnikowy las, bogaty we wspaniałe okazy flory i fauny, które tym razem, podczas kiepskiej pogody ciężko było odnaleźć... Pochowały się wiedząć, że przyjeżdżamy:) Najwięcej czasu zajęło nam fotografowanie, szkoda że było tak pochmurno :( Po powrocie przyszedł czas na próbowanie miejscowych napojów, orzeźwiających rzecz jasna, bo mimo wszystko było parno:) Tym razem "czepiliśmy" się specjału z Cordoby - fernetu... Dodam tylko, iż hostel w którym spaliśmy w 87% zamieszkany był przez "młodych ludzi" - rodaków Mojżesza. Ale tego wieczoru nie wszystko było koszerne...:)

26 dzień tułaczki - Puerto Iguazu - Argentyna - Foz de Iguasu - Brazylia, wyjazd do Sao Paulo
Z samego rana postanowiliśmy się jak najszybciej przenieść na stronę brazylijską. Szkoda, że pogoda była dalej kiepska, bo zastanawialiśmy się jeszcze czy aby nie pojechać w Brazylii nad wodospady... ale względy oszczędnościowe i fakt, że w Argentynie jest 3/4 całości Parku Narodowego z największymi wodospadami, którą już widzieliśmy, sprawiły, że od razu ruszyliśmy na Riodovaria w celu zakupienia biletów na nocny autobus do Sao Paulo. Z dworca - położonego kawał drogi, prawie że za miastem - już z biletami na 19:00, pojechaliśmy na zaporę ITAIPU, jedną z największych hydroelektrowni świata, która została wybudowana na Paranie, na granicy brazylijsko - paragwajskiej. Robi wrażenie - trzeba przyznać:) Miło zaskoczeni byliśmy tym, iż cały tour po kompleksie ITAIPU jest za free i zrobiony został w naprawdę fajny sposób: najpierw film prawie jak w IMAXie o tym że woda jest fajna i warto się myć :) a potem w autokary i na zaporę... Biedna Solina... To takie pierwsze skojarzenie :) Szkoda tylko, że właśnie tam zorientowaliśmy się, że podczas pobytu w naszym "ulubionym" hostelu mojżeszowym, ktoś "zaopiekował" się naszymi scyzorykami Victorinoxa... I to w momencie jak trzeba było otworzyć "bobofruta". Na domiar złego - tak moim jak i Mateusza:( Z Itaipu wróciliśmy do Foz de Iguasu, szybkie zakupy, jedzonko na trawce i powrót na dworzec, gdyż zbliżała się godzina odjazdu. Co ciekawe nasz autobus, który okazał się być ostatnim tego dnia do Sao Paulo, miał ciekawych podróżnych... Słyszeliśmy już opowieści na temat miasta, które ze względu na swoje przygraniczne położenie i dobre kanały przerzutowe zarówno na północ jak i południe kontynentu, uznawane jest za jeden z największych ośrodków przemytniczych świata :) nawet od pewnego "dobrze poinformowanego" rodaka dotarła do nas pogłoska o rzekomej siedzibie południowoamerykańskiej siatki Al Quaidy w tym mieście...My nic takiego nie doświadczyliśmy. Ale to, że jest w nim bardzo niebezpiecznie doświadczył dzień później nasz kumpel z Sao Paulo - Kuba, który będąc tu ze swoimi brazylisjkimi znajomymi stał się ofiarą złodzieja, który wyrwał mu plecak z całym dobytkiem i zwiał - tyle że po kilkudzisięciu metrach wpadł pod rozpędzony samochód i wyleciał w powietrze parę metrów! Miejscowi nie przejmując się złodziejem oddali Kubie plecak i kazali zwijać się szybko zanim przyjedzie policja, gdyż jeśli zostanie może go to kosztować dobrych kilka godzin na "komendzie". Cóż, szczęście Kuby, w nieszczęściu złodzieja! Tak więc pasażerowie autokaru to prawie sami przemytnicy:) co przemycali, lepiej nie pytać - mieli wszystko! Np. koleżka Mateusza miał np. całą torbę twardych dysków, funkiel nówki:) co okazało się gdy tuż za miastem, gdy zatrzymała nas kontrola celna i wywróciła do góry nogami cały autokar:) ale naszych plecaków z przytroczonymi, "pachnącymi" sandałami nie ruszyli...W każdym razie w wyniku kontroli nikt nie ucierpiał:) Ciekawe jaka łapówka poszła w ruch, bo na pewno nie odjechali z pustymi rękami:) Jechaliśmy dalej w komplecie... jeszcze tylko 16 godzin...

27 dzień włóczęgi SAO PAULO po raz ostatni
No i dojechaliśmy, ze zdziwieniem bo na inny dworzec, ale z zadowoleniem, bo oddalony tylko o 2 czy 3 stacje metra od naszego hostelu, gdzie szybko się przetransportowaliśmy. W hostelu, meldowanko, prysznic i już jechaliśmy na spotkanie z Agatą i Kubą, u których zostawiliśmy nasze duże plecaki. Po drodze zakupy w markecie (oczywiście kawa, kawa i tylko kawa...:)) no i wylądowaliśmy u Agaty na obiadku. Wieczorem mieliśmy wybrać się na koncert jazzo - samby jak się okazało. Ale wcześniej swoje bagaże odebrała od Agaty reszta ekipy w postaci Hanki i Tomka. Po powrocie do hostelu i zostawieniu plecaków szybko ruszyliśmy na koncert. Z nami Sylwia, w swojej czarno - czarnej opaleniźnie... Kuba oka nie mógł oderwać! Nie tylko zresztą On, bo na koncercie byli też znajomi A&K ze szkoły, powiem tak: sami faceci... Więc nasza koleżanka wręcz błyszczała:))) a może świeciła! W każdym razie po koncercie, na którym wypaliliśmy z Malcem fajkę pokoju:) przenieśliśmy się do knajpy w której wszyscy oglądali pożegnanie Romario: Brazylia - Gwatemala, 3:0 no i brama Romario na koniec kariery w kadrze. Potem jeszcze inna knajpa...

DZIEŃ 28: SAO PAULO - wylot
No wiele ciekawego tu już nie napiszę, poza tym, że wstaliśmy nader wcześnie, bo po 7!!! No i po śniadanku wzięliśmy się za pakowanie betów:) do naszych plecaczków. Nasze obawy - co do ich wystarczającej pojemności - były uzasadnione... szczególnie ze względu na tę cholerną ... kawę:), której nakupiliśmy po parę butelek (wróćććć) po parę paczek ma się rozumieć:) Co tu dużo ściemniać – jak nie kupić CACHACY trochę na zapas jak litr tego bimbru z trzciny cukrowej kosztuje tu 4 złote za 965 ml. Tak właśnie tyle, bo w Brazylii różne popularne jednostki miar są troszkę inne – więc za litr przyjmuje się najczęściej 965 ml. Ale w końcu wszystko dało się upchać/ zapchać/ zapakować/ zamknąć i mogliśmy jeszcze spokojnie udać się w okolice Republiki, by wydać nasze ostatnie reale. Tu warto wspomnieć o okolicy Placa de Republica, o której nie pisałem wcześniej. A mianowicie wieczorami, szczególnie podczas weekendu opanowują ją „kochający inaczej” (sporo tutaj różnego rodzaju gay barów), przede wszystkim panowie, którzy łakomym wzrokiem obrzucają innych pojawiających się tu przypadkowo, albo i nie;)
Potem już tylko metro, autobus i już byliśmy na lotnisku Guarulhos. Sao Paulo "płakało" że wyjeżdżamy, ale zapłacze jeszcze bardziej jak tam WRÓCIMY !!!





Powrót do relacji


Copyright © 2007 Bartosz Piziak